Weekend zamykający lipiec był dla mnie nie lada gratką z trzech powodów:

  1. Po rocznej „macierzyńskiej przerwie” nareszcie wróciłam na seminarium razem z psem (tak, tak ostanie takie było sierpień 2017 z 3 miesięczną Igą „w dojazdach”).
  2. Sama osoba instruktora – Trening pod okiem Alis Dobler to solidna dawka wiedzy i praktyki oraz realnej oceny naszych działań.
  3. Mini wakacje od bycia mamą i żoną ;) Aktywny wypoczynek w gronie pozytywnie zakręconych ludzi nie martwic się czy wszyscy zjedli i czy nie jest im za ciepło/zimno/sucho/mokro/sennie/głośno itd…. mimo intensywnych dni i tak więcej spałam niż w domu…

Zaczynając od początku. Skusiłam się na kolejne już warsztaty z Alice. Dlaczego?? Ponieważ cenię sobie jej styl pracy zarówno z psem jak i przewodnikiem. Na przestrzeni 2 lat było to już nasze 3 spotkanie. Flora wróciła całą sobą w „tryb warsztatowy” – mocna motywacja do pracy, koncentracja na zadaniu. Ze względu na upały wszystkie treningi odbywały się w lesie, choć nie zabrakło pracy na otwartych przestrzeniach łące, rżysku, polu. Trochę żal mi „miasta”, ale w pełni rozumiem decyzję prowadzących, o rezygnacji z wejść na tereny zurbanizowane. Zresztą moim około seminaryjnym zmartwieniem, było jak zawsze pilnowanie by ruda piła  (bo generalnie na co dzień Flori mało pije, choć do wody dostęp ma stale).

To były 3 dni bardzo ciekawych zadań. W głowie wyklarował się obraz przyszłych treningów.. dużo dużo pozytywnej energii.

Dziękuję Alis za trening i dzielenie się wiedzą, wszystkim pozorantom za „kwitnięcie w krzakach”, uczestnikom za miłe towarzystwo, organizatorom za organizację (przepyszną organizację!), mężowi oraz córom za wolne i zrozumienie ;)

Gdy emocje już nieco opadły, nadal uważam, że było WARTO :)